fbpx

„Nie wrócę do mamy. Tu jest mój dom”. O życiu w domu dziecka i potrzebach placówek

zdjęcie poglądowe, nie pochodzi z Domu Dziecka opisywanego w artykule

Przeciętnemu człowiekowi dom dziecka kojarzy się ze smutkiem, tęsknotą. Często omijamy takie placówki, bojąc się zobaczyć ten smutek. Czy w domu dziecka naprawdę jest smutno, czy to może stereotyp, któremu daleko do prawdy? Jak wygląda praca wychowawcy? I jakie potrzeby mają takie placówki?

Rozmawiam o tym z p. Urszulą Polanowską – dyrektor Centrum Administracyjnego do Obsługi Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych w Rzeszowie obsługującego trzy placówki opiekuńczo-wychowawcze: Domy dla Dzieci Mieszko, Dobrawa i Bolesław – oraz z Pedagog pracującą w tej samej placówce (nazwisko do wiadomości redakcji).

Część I. Pozytywy

Karolina Mrozek: Znamy pojęcia takie jak: dom dziecka, pogotowie opiekuńcze. Kiedyś mówiło się też o sierocińcach. Co właściwie one oznaczają? Czym się różnią?

Dyrektor Urszula Polanowska (D): Pogotowie opiekuńcze to jest placówka, w której dzieci przebywają krótko, do trzech miesięcy, zgodnie z ustawą. Teraz to jest placówka interwencyjna. A dom dziecka to placówka socjalizacyjna, czyli tu i teraz. Sierocińców w ogóle nie ma. To jest dawne powiedzenie, tak jak bidule. Dawniej domy dziecka prowadziły siostry zakonne. Po wojnie trafiały do nich dzieci z biedy. Teraz wszystkie dzieci w domach dziecka to są sieroty społeczne.

W tej chwili mamy tylko jedną naturalną sierotę, czyli dziewczynkę, która nie ma ani taty, ani mamy, ale przez lata swojej pracy, a mam ich już ponad czterdzieści, spotkałam niemal same sieroty społeczne. Wszystkie mają rodziców, a trafiają do placówek, z powodu alkoholu, chorób psychicznych, niewydolności wychowawczej. Króluje alkohol. Teraz dochodzą jeszcze narkotyki, gry hazardowe…

Pedagog (P): …nieporadność życiowa.

Jednym słowem z patologii.

P: Tak.

W takim razie, czy dzieci potrafią cieszyć się z tego, że trafiają do domu dziecka, pod opiekę wychowawców? Czy może najchętniej uciekłyby stamtąd, gdyby tylko wiedziały, dokąd uciec?

P: Dziecko w momencie zabierania z domu przeżywa niesamowity lęk. Bo dom dziecka kojarzy się z czymś złym – „jestem odebrany mamie”. Dzieci boją się tego, co jest niewiadome. Nie wiedzą, co je czeka. U większości dzieci widzimy ten lęk w momencie przyjmowania. Ale to mija, jeśli widzą, że są inne dzieci, jeśli rozmawiają z nimi; jeśli widzą, że w domu dziecka jest dobrze, że jest spokój, że jest czysto, ciepło, że jest jedzenie, że nic im nie brakuje. Jeśli widzą, że inne dzieci tutaj czują się dobrze, to ten lęk mija.

Kiedy się z nimi rozmawia, to mówią, że jest im tu bardzo dobrze. Często się z tego śmiejemy, bo kiedy są małe i czegoś od nich wymagamy, to mówią „Mam dość, chcę wrócić do domu”, a jak zbliża się pełnoletność, nie chcą wychodzić. Chcą zostać tu jak najdłużej, bo pojawia się lęk przed…

Kolejnym nieznanym?

P: …kolejnym nieznanym. A po drugie to, że czują się tutaj bezpiecznie i mają wszystko.

D: Mamy w tej chwili pełnoletniego chłopca, który kończy szkołę i ma możliwość powrotu do domu, bo mama zmieniła postępowanie. On mówi tak: „Nie wrócę do mamy. Tu jest mój dom”. To naprawdę chwyta za serce. „Tu jest mój dom. Tutaj się czuję bezpiecznie. Tu jest mi dobrze”.

P: Najważniejsze jest to, że po pewnym czasie czują się tutaj bezpiecznie. Choć brakuje im mamy i taty. Dziecko, przebywając tutaj, z czasem zaciera złe wspomnienia. Pamięta z domu to, co dobre. Wybiela rodzica, idealizuje. Zawsze potrzebuje z nim kontaktu. Małe dzieci chcą powrotu do domu, a starsze, kiedy już są świadome i potrafią ocenić zachowanie swoich rodziców – niekoniecznie. Mamy teraz taką sytuację: dziewczynka, klasa ósma, nie chce wrócić do domu, choć w domu już jest w miarę dobrze. Wie, że pod względem materialnym nie będzie tak dobrze, że nie będzie mogła liczyć na pomoc i nie wie, czy mama, mimo że już się podźwignęła, da radę.

Dzieci czasami myślą o sobie, bo wiedzą, że nie zawsze mogą liczyć na rodzica. Będąc w placówce, mają możliwość zdobycia wykształcenia. Mogą liczyć na pomoc przy wyborze zawodu. Wiedzą, że jeśli będą w placówce, placówka je zabezpieczy w jakiś sposób na przyszłość, a w domu niekoniecznie tak będzie. To jest ważne w przypadku starszych dzieci, które wiedzą, jaka jest sytuacja na rynku pracy i na rynku mieszkaniowym. A akurat Rzeszów wszystkim podopiecznym placówek z Podkarpacia gwarantuje mieszkanie.

To jest bardzo ważne dla młodego człowieka, który nie ma wsparcia materialnego rodziców. Nie każdy, kto wychodzi z domu rodzinnego, może liczyć na materialną pomoc rodzica.

D: Tutaj w Rzeszowie pan prezydent gwarantuje, że wszystkie dzieci z domu dziecka mają mieszkanie.

P: Czekają na mieszkanie i dostają je, a nawet jeśli jest duża kolejka, to mają mieszkania chronione, w których mogą na nie czekać.

À propos zawodów i wykształcenia. Czy da się wśród tylu dzieci, które się ma pod opieką, wychwycić talent i wspierać dziecko w jego rozwijaniu?

P: Da się. Dzieci rozwijają głównie pasje sportowe. Muzyczne. Trenują w klubach.

Rozwijają je tutaj czy w jakichś innych miejscach?

P: Na zewnątrz, np. w klubach sportowych.

D: Mieliśmy chłopca, który ćwiczył akrobatykę. Byli tacy, którzy ćwiczyli tańce. Niektóre dzieci śpiewają w zespołach.

P: Jeśli dziecko chce i jest wierne danej pasji – bo często mają słomiany zapał – to wspieramy.

D: Mamy utalentowane muzycznie dwie dziewczynki, które ćwiczą na pianinie. Pięknie grają. Chodzą do szkoły muzycznej. To są rzeczywiście talenty.

Skoro już jesteśmy przy talentach, powiedzmy o pozytywach. Wspomniałyśmy na początku, że dom dziecka kojarzy się ze smutkiem, tęsknotą. Ale ja tu weszłam i okazuje się, że nie jest tak źle. W ogóle tego nie widzę – przynajmniej przez ten krótki czas, kiedy tu jestem. Jakie pozytywne rzeczy tutaj się dzieją, jakie są pozytywne doświadczenia, które cieszą dzieci, a także wychowawców?

P: Co nas najbardziej cieszy? Efekty naszej pracy, czyli usamodzielnieni wychowankowie, którzy przyjeżdżają na każdą Wigilię. Odwiedzają nas ze swoimi rodzinami, dziećmi. A skoro wracają, to znaczy, że było im dobrze.

Kiedy zadajemy im pytanie, jak wspominają ten dom dziecka, czy było tu źle, to nie spotykamy się z negatywnymi odpowiedziami. Odpowiadają pozytywnie.

Wszyscy wracają?

P: No prawie wszyscy.

D: Odkąd jestem dyrektorem, od 2000 r., usamodzielniliśmy dwudziestu podopiecznych. I wszyscy wyszli na ludzi. Pozakładali rodziny.

P: Tak nam się jakoś udało. Nieraz to człowiek narzeka, czasami ma gorsze, lepsze dni, bo coś nie wyszło, ale później, jak ich widzimy, to cieszymy się.

D: A wie pani, z czego ja jestem najbardziej dumna? Z tego, że nie ma u nas wagarów, ucieczek, jak się zdarza w domach dziecka. Nie ma palenia papierosów, narkotyków.

P: Zdarzało się, że czasami podpalali, ale teraz nie mamy ani jednej osoby nawet z dorosłych, które palą.

D: Ja myślę, że to jest efekt naszej pracy. Jak się coś dzieje, to my szybko gasimy w zarodku. Pamiętam chłopca, który miał kuratora. Sprawa trafiła do sądu. Różne rzeczy były, paserstwo, kradzieże. Był na granicy zakładu wychowawczego. I wyprowadziliśmy go, jest usamodzielniony. Wraca do nas i mówi, że jest super! Jest szczęśliwy, już po ślubie.

P: Ma żonę, dziecko w drodze. To są nasze sukcesy. To jest to, czym możemy się pochwalić. Niektóre osoby mówią, że gdyby nie były w domu dziecka, to dzisiaj nie osiągnęłyby tego, co mają. I nie byłyby w tym miejscu, w którym są. Wigilia jest takim momentem, kiedy można sobie swobodnie porozmawiać.

D: Przyjeżdżają nie tylko na Wigilię. Przyjeżdżają często, kiedy mają jakiś problem. My im doradzamy. Przyjeżdżają jak do domu. Jak do mamy.

A jak wygląda tutaj okres świąteczny?

D: Kiedy zbliża się okres świąt, dla mnie to najtrudniejszy okres. 30 lat temu dzieci częściej wracały do domów rodzinnych. Te domy były jakieś inne… A w tej chwili proszę sobie wyobrazić, że chyba na palcach jednej ręki policzę, kto w zeszłym roku spędził święta z rodziną. Nie wysyłamy do obcych rodzin, bo dziecko z domu dziecka to nie jest prezent pod choinkę, na chwilę. Jeżeli dzieci idą [do innych rodzin – przyp. red.], to idą na stałe. I jest to dla mnie bardzo trudny okres. Smutny okres. Na przykład czwórka dzieci wyjeżdża – dziadek po nie przyjechał – a inne dzieci to widzą. I przeżywają ogromnie.

Naszym zadaniem jest regulowanie sytuacji prawnej dzieci tak, żeby wracały one albo do rodzin biologicznych, albo do rodzin zastępczych, albo żeby trafiały do adopcji. To jest nasze naczelne zadanie. Nowa ustawa zobowiązuje nas do tego, żeby jak najwięcej pracować z rodziną biologiczną, dlatego też robimy to!

Chcemy, żeby dzieci wracały do rodzin, jeśli tylko jest to możliwe. Robimy różnego rodzaju spotkania z rodzicami i mówimy im o trudnym pobycie dzieci w placówce i że najlepiej by było, jakby mogły wrócić do domu. To są spotkania opłatkowe, spotkania świąteczne i zebrania, i szkolenia, i różne inne. Dzieci mają wtedy występ jasełkowy – to nasza tradycja, że dzieci ćwiczą na święta, na Wigilię, wyjeżdżamy z tymi jasełkami w różne miejsca. Najlepiej ten występ wychodzi dla rodziców, dzieci są wtedy najbardziej radosne. Ale proszę sobie wyobrazić, jak dziecko wychodzi na scenę… Ja wtedy patrzę na nie… One patrzą i… Nie ma rodzica… Kiedy dzieci przeżywają, to ja przeżywam razem z nimi. Jest to tak trudne… Ale robimy to! Dla tych innych dzieci, do których przychodzą.

P: Zrobimy wszystko dla dzieci. Pod względem materialnym mają bardzo dobrze; lepiej niż niejedno dziecko w normalnej rodzinie, ale… mamy i taty im nie damy, a to jest najważniejsze. Tego uczucia… miłości… nie zastąpimy.

Zapytam przewrotnie: co mają dzieci z domu dziecka, czego brakuje dzieciom z tradycyjnych domów? Jedną z tych rzeczy już panie wymieniły – to zabezpieczenie materialne na przyszłość.

P: To pytanie jest dla mnie najtrudniejsze, biorąc pod uwagę to, jak zmieniły się czasy i w jak dobrej kondycji finansowej jest większość rodzin. Mało jest domów, gdzie by była bieda. Nasze dzieci mają więcej pod względem materialnym. Zapytałam dzieci, jak one to widzą. I zaraz powiem, jak one mi odpowiedziały.

Powiedziały, że mają możliwość atrakcyjnego spędzania czasu, bardzo dużo wyjazdów (wakacyjnych, na ferie). Że mają stały dostęp do kultury, bo chodzą do kina, do teatru, na ściankę wspinaczkową, na trampoliny do FlyParku. Poza tym organizowane są zajęcia w czasie wolnym – krajoznawcze, turystyczne, sportowe. Powiedziały też o tym, co mają na miejscu, np. boisko sportowe (a ich koledzy muszą gdzieś iść, żeby pograć). Mają siłownię na miejscu. Ktoś powiedział, że dla niego fajne jest to, że na wakacje nie musi jeździć z rodzicami, bo kiedy jego koledzy jadą na wczasy, to cały czas mają dozór.

Mają bibliotekę, więc większość lektur mają na miejscu. Mają pomoc w czasie nauki własnej, a nie każdy rodzic jest w stanie pomóc dziecku – nie mają czasu albo umiejętności. Że mają dostęp do psychologa i pedagoga – mogą przyjść, jak mają problem, i porozmawiać o pewnych rzeczach, o których z rodzicami nie są w stanie porozmawiać.

Co jeszcze? Przebywają w grupie. Z jednej strony jest to męczące, ale z drugiej mają możliwość łatwiejszego znalezienia sobie przyjaciółki, koleżanki. Mają możliwość wspólnego wyjścia. Jedno z dzieci powiedziało, że jego kolega tego w domu nie ma, bo ma młodsze rodzeństwo, a ono ma rówieśnika, z którym może w każdej chwili porozmawiać.

Rodziny są różne. Są dzieci z bardzo majętnych domów, które stać na wszystko. A nasze dzieci chodzą do szkół środowiskowych i mają styczność z dziećmi o różnym statusie majątkowym i z różnymi się przyjaźnią.

D: Siłownia jest i wewnętrzna, i na zewnątrz.

źródło: dommieszko.pl

P: Jeden z chłopców powiedział, że kolega mu zazdrości rozkładanej w lecie trampoliny, bo on sam takiej nie ma.

D: Proszę sobie wyobrazić, że zadzwonił do mnie kiedyś rodzic, zupełnie obca osoba. I mówi tak: „Pani dyrektor, mam duże problemy z córką, z czwartej klasy. Ona chce mieć tylko markowe ciuchy. Powiedziałem jej, że zaprowadzę ją do domu dziecka. Niech zobaczy, jak dzieci żyją”. A ja mu mówię: „Jak pan ją zaprowadzi do domu dziecka, to ona stąd nie zechce odejść”. Wszystkie nasze dzieci mają markowe ciuchy.

P: Chcemy, żeby te dzieci nie czuły się gorsze przez to, że mieszkają w domu dziecka. Cały czas im mówimy, że to, że tak się w ich życiu stało, że przez jakiś czas mieszkają w domu dziecka, to nie znaczy, że są pod jakimkolwiek względem inne czy gorsze od pozostałych. Dzieci bardzo często się takie czują. Staramy się, żeby się nie wyróżniały pod względem ubioru czy nauki od swoich rówieśników. Inwestujemy bardzo dużo w naukę, chociaż to różnie bywa, bo motywacji do nauki często nie ma. I powtarzamy, że to, czy dziecko odróżnia się od swoich kolegów, zależy wyłącznie od niego i jego zachowania.

A czego brakuje?

P: Rodziców, więcej swobody.

Są pod czujnym okiem ciągle?

P: Tak, cały czas jest taki dyskretny dozór. Jest regulamin, a w domu tego nie ma. U nas są obostrzenia, dlatego że odpowiadamy za nie bardziej niż rodzic i mamy większą liczbę dzieci pod opieką. Brakuje im też większego kieszonkowego.

Czyli kieszonkowe jest?

D: Tak, tak. Najmniej 10 zł, najwięcej 80 zł.

I od czego ono zależy?

P: Jest regulamin przyznawania. W zależności od zachowania, od ocen.

Od wieku?

P: Tak, też.

źródło: dommieszko.pl

Odpowiedzmy na pytanie ze wstępu do rozmowy: czy w domu dziecka naprawdę jest smutno? Czy to może stereotyp?

D: Hm…

Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć.

P: Nie da się. To jest pytanie do dzieci. Do ich odczuć.

Część II Praca w domu dziecka

Czy przychodzą panie do pracy z uśmiechem, z energią, z chęciami? Mam wrażenie, że tak, ale chciałabym, żeby to wybrzmiało. A może się mylę?

dłuższa cisza

P: Myślę, że staramy się. Każdy ma swój dom, swoje problemy. Spędzamy bardzo dużo czasu w pracy. Przekazujemy dzieciom nasze odczucia w danym momencie. Tak mi się wydaje. Jeśli mamy jakieś problemy, to staramy się to skrywać i nie okazywać dzieciom, bo to przenosimy na nie. Staramy się, bo nie ma rodziców. My jesteśmy jakby zastępczymi rodzicami i wydaje mi się, że modelujemy pewne zachowania dzieci. One patrzą na nas i często nawet nieświadomie przejmują nasze zachowania.

D: Nawet, jak nie chcemy, to musimy się uśmiechać.

P: Tak. To jest normalne, że każdy z nas ma lepszy czy gorszy dzień, ale ważne jest to, żeby zarażać swoją pozytywną energią.

D: Ja przychodzę zawsze z ogromną energią. Nie ukrywam. Jak boli, to tu nic nie boli. Tutaj żyję. W moim domu – w sobotę, niedzielę – wszystko mnie boli, jak mnie tutaj nie ma. Przychodzę do pracy i wszystkie bóle znikają (śmiech). To jest ciekawe. Naprawdę. Wie pani, trzeba sobie ułożyć plan. Jak jest trudny problem do rozstrzygnięcia, noce są bezsenne, już się myśli, jak to się poukłada. Jak jest trudna rozmowa z wychowankiem, to my to przeżywamy, bo to trzeba przeprowadzić tak, żeby trafiło do tego młodego człowieka. I dlatego jest to absorbująca praca. Bardzo emocjonalnie na nas wpływa. Nie zostawi się tego jak księgowa. Księgowa zostawia, idzie do domu, zamyka biuro.

Pedagog opowiadała mi wczoraj trudną rozmowę z dziewczynką. Niesamowicie trudna sytuacja. Moja pani pedagog… (mnie się chce płakać, naprawdę…) opowiadała, jak dziewczynka przeżywa… Przychodzą tu dzieci i wyżalają jej się. Dlatego często jej życie prywatne zamienia się w pracę popołudniami. Jest jej ciężko, ale popołudniami więcej można od dziecka usłyszeć.

Jest po szkole.

D: Po szkole, po zajęciach. Ono już jest spokojne. Ono już jest takie, że może po prostu przyjść tu i się wyżalić. Taki konfesjonał trosk i zmartwień przez lata.

To bardzo specyficzna praca. Nie da się wrócić do domu, zapomnieć, ponarzekać na szefa.

P: Bardzo trudna praca. To nie jest firma. Nieraz takie pytania słyszymy: „Jak ty możesz pracować w domu dziecka? Jak w ogóle dajesz radę?”. To tak jak na przykład w szpitalu. Człowiek musi zachować pewien dystans emocjonalny. Nasze dzieci bardzo łakną miłości, są bardzo „lepkie”, potrzebują bliskości. Jeśli w grupie jest kilkanaścioro dzieci, a wyróżni pani jedno dziecko, przytuli, pogłaszcze, to ono zaczyna mieć takie oczekiwania od pani, że tego się domaga. Jeśli pani później przestanie zwracać na nie uwagę, to się źle zachowuje. To jest bardzo trudne, bo trzeba się zdystansować i wszystkie dzieci traktować jednakowo. Ten niesamowity głód emocjonalny jest naturalny, szczególnie u małych dzieci. Nasze dzieci, kiedy się witają, to się przytulają, potrzebują fizycznego kontaktu, bliskości.

D: Do wychowawców zawsze mówię tak: „Trzeba kochać… i wymagać”. I konsekwentnie zachować dystans.

P: Musi pani, bo inaczej by sobie pani nie poradziła. Gdyby pani poszła do grupy teraz i została sama z dziećmi, nie poradziłaby pani sobie. Jedno krzyczy, inne szaleje.

D: Natychmiast wchodzą pani na głowę. Nowa osoba przechodzi chrzest bojowy.

Ile mi może dać?”

P: Tak. „Ile sobie mogę pozwolić”. To jest niesamowita sztuka – bycie wychowawcą w placówce.

D: Najtrudniejsza w domu dziecka jest praca wychowawcza.

P: Z grupą dzieci z różnymi problemami.

D: Wie pani, co ja mówię młodym ludziom po latach pracy? Tabuny studentów kończą pedagogikę. I zastanawiam się, gdzie oni pójdą do pracy? Przychodzą tutaj i wtedy od razu pytam: „Czy pani się zastanowiła nad tym, czy chce tutaj pracować?”. Bo to jest bardzo ciężka praca. Nauczyciel ma dziecko gotowe, ubrane. Jeśli dziecko przyjdzie do szkoły, zachoruje, wystarczy telefon do domu i rodzic je zabiera. A my za wszystko – za zdrowie, bezpieczeństwo, ubranie, wykształcenie, naukę – odpowiadamy.

Jak rodzice. A nawet bardziej.

D: Ma pani rację – a nawet bardziej.

Część III. Potrzeby

W mojej głowie pojawił się pozytywny obraz domu dziecka. Ale okazało się, że nie jest on tak całkiem znikąd.

P: Wie pani, nigdy nie zastąpimy mamy i taty. Szczególnie małym dzieciom nie jesteśmy w stanie zaspokoić tych najważniejszych potrzeb, mimo że staramy się, jak możemy. Ale pod względem materialnym mają dużo, aż za dużo.

No właśnie. Jakie są potrzeby domów dziecka w Polsce? Czy domy dziecka raczej sobie radzą, czy potrzebują wsparcia z zewnątrz, od osób indywidualnych albo od jakichś innych organizacji?

D: Dużo zależy od operatywności dyrektora. U nas na przykład nie brakuje…

…operatywnego dyrektora (śmiech).

D: …niczego. Na telefony odpowiadam wręcz „proszę do biedniejszych domów dziecka zadzwonić, zanieść”.

P: Pod względem materialnym jest u nas bardzo dobrze.

D: Jedna koleżanka z (miejscowość do wiadomości redakcji) mówiła mi, że ich dzieci nie mają ubrań, że mają problemy. Ja mówię, że u nas nie ma. Może te bieszczadzkie domy dziecka? Mniejsze miejscowości? Może tam bardziej potrzeba pomocy?

My jesteśmy w Rzeszowie. Lata temu byliśmy jedynym domem dziecka w Rzeszowie, gdzie mieszkały malutkie dzieci, tuż po urodzeniu do trzeciego roku życia. To był kiedyś Dom Małego Dziecka i to pozostało w pamięci ludzi. Może koleżanka z tego drugiego domu dziecka ma większe problemy, bo tam było pogotowie opiekuńcze i on się kojarzy z trudniejszymi dziećmi.

W pamięci ludzi zostało, że tu są małe dzieci i częściej tutaj udzielają pomocy?

D: Tak, zostało. I że tutaj są potrzeby. Pani, która prowadzi u nas magazyn, wielokrotnie mówi, że gdyby nie ci ludzie, to byłoby bardzo krucho. W tym roku był taki boom, że jestem w szoku. Nasza strona internetowa robi bardzo dużo dobrej roboty.

P: Mówimy tam, co nam potrzeba.

D: Wykreślamy to, co już mamy. Szybko aktualizujemy.

Zauważyłam. W okolicach świąt zobaczyłam na stronie, że są potrzebne: ozdoby choinkowe, pampersy, różne środki higieniczne. Za kilka tygodni weszłam jeszcze raz i zobaczyłam, że zamiast ozdób jest drukarka. Bardzo mnie zaskoczyło, że w taki prosty sposób można się dowiedzieć o potrzebach.

D: Jako dyrektor jestem dumna ze swojej kadry. Oni się śmieją ze mnie, że mówię na nich „wysoko wyspecjalizowana kadra”, ale naprawdę jestem dumna.

Kiedy przychodzą zgłosić się do pracy, ja pytam: „Co oprócz wiedzy pedagogicznej zdobytej na studiach może pan/pani zaproponować dzieciom?”. Skupiłam się na tym, dlatego każdy wychowawca jest w czymś dobry. Jeden jest w komputerach, drugi w turystyce, inny w sporcie. Jest też pani, która prowadzi fitness, pani, która prowadzi zajęcia plastyczne, ogrodnicze. Dziewczyny opracowują specjalne programy i według nich pracują. Są zajęcia czytelnicze, zajęcia z pedagogiki zabawy Klanza. Gama przeróżnych zajęć. Jak jest polonista, to się specjalizuje w tych konkretnych zajęciach. Dlatego tak to fajnie działa. I mam pana, który świetnie prowadzi i aktualizuje tę stronę internetową. To on się tym zajął. Po prostu wychowawca.

Czyli jeśli ktoś chce pomóc temu czy innemu domowi dziecka, to najlepiej zerknąć na stronę internetową.

P: Oprócz tego mamy jeszcze Stowarzyszenie „Nie daj się!”. Środki finansowe można przekazywać na Stowarzyszenie, bo my nie możemy ich przyjmować. Wykorzystujemy je na wypoczynek, na pomoc wychowankom.

D: Ustawodawca zabrał nam konto darowe. Dawniej ktoś zadzwonił, zapytał, czy może wpłacić, i wpłacano do nas.

P: Teraz jeśli ktoś chce przekazać środki finansowe, to możemy je przyjąć tylko w ten sposób [przez stowarzyszenie – przyp. red.]. I dzieci mogą sobie pojechać na atrakcyjne wycieczki, za granicę, bo mamy środki, a tak, to nie byłoby nas na to stać.

Spotkałam się kiedyś z opinią, że domy dziecka nie potrzebują zabawek. Para młoda na ślubie zamiast kwiatów zebrała pluszaki. Przywiozła je do domu dziecka, a tam powiedzieli: „Nie, dziękuję, nie przyjmę”. Jak to jest z tymi zabawkami?

P: W zależności od tego, z jakimi zabawkami. Na przykład my nowe zabawki przyjmujemy. Szczególnym problemem są zabawki pluszowe, bo jeśli są używane, to przepisy sanepidowskie nam zabraniają. Trzeba je wszystkie wyprać, a to jest dodatkowy koszt. A jeśli są nowe, to zawsze przyjmujemy.

D: Jest taka moda, że daje się pluszaki, ale dzieci się tym nie bawią. Potrzebujemy zabawek edukacyjnych, rozwijających dzieci, ćwiczących wyobraźnię.

P: Dziecko ma jednego ulubionego do spania, przytulania. Problemem, jeśli chodzi o te używane, jest sortowanie, pranie, suszenie. Nawet klocki – wszystko trzeba umyć, zdezynfekować. To nie jest takie proste.

P: A jeśli ktoś chce nam coś kupić, to podpowiadamy na Mikołaja. Dzieci piszą listy i wtedy wybiera się rzeczy pod dziecko.

A jak reagują ludzie, darczyńcy indywidualni, do których dociera, że zabawki używane to raczej nie, albo słyszą „my takich zabawek mamy już dużo”?

P: Jakieś komentarze na pewno są, ale my ich nie znamy.

D: Pewnie, że w głowach się przewraca.

P: Tak, że przesadzamy i w ogóle. Ale z drugiej strony jeśli na przykład przyniosą do nas zabawki dla niemowlaków, to bez sensu, żeby u nas były. Lepiej, żeby były wykorzystane gdzieś, gdzie się przydadzą. U nas w tym momencie nie ma niemowlaków, więc nie ma co gromadzić.

D: Kiedyś wysłałam całe wory zabawek – dziennikarz jechał na Ukrainę. I w Bieszczady – tam taka pani prowadzi działalność charytatywną, dzwoni do mnie, a ja wysyłam prezenty. Ale to jest dużo roboty – my zamiast się zająć dziećmi, to segregujemy te dary. Ale, proszę pani, robimy to!

Początek roku szkolnego. Pani pedagog jeździ po wszystkich przedszkolach, gdzie chodzą nasze dzieci, po szkołach, świetlicach i rozdaje przybory, których mamy nadmiar. A par takich, które przynoszą nam zabawki, jest bardzo dużo. To się już modne stało. Super, naprawdę. Ale najfajniej jest, jak dzwoni taka młoda para. Wczoraj miałam taki telefon: „Wychodzę za mąż. Proszę mi powiedzieć, co potrzebujecie. – Niech pani wejdzie na stronę internetową”. Tak się każdemu wydaje, że najbardziej potrzebujemy przyborów szkolnych, a tego też mamy dużo. Przybory tak, ale mówimy konkretnie, że albo zeszyty A4, albo klej – to, czego potrzebujemy.

P: Nie ma sensu magazynować pewnych rzeczy.

D: Co mają, to dają. Najfajniej jest konkretnie powiedzieć, czego potrzebujemy.

P: Staramy się mieć nad tym kontrolę.

źródło: dommieszko.pl

Część IV. Konkretna pomoc

Uwielbiam działanie, więc zależy mi na tym, żeby zachęcić do konkretnych działań. Mam wrażenie, że bardziej niż na określonych czynach skupiamy się na analizowaniu rozpaczy – i to nam wystarcza. Odnosząc się do tego, co teraz panie powiedziały – że pary dzwonią, że pytają o konkretną pomoc i lepiej kupić mniej zeszytów w kratkę niż więcej takich, które są niepotrzebne – w jaki sposób można zachęcić do działania? Opowiedziały mi panie, że tutaj potrzeby są i są też sponsorzy, ale może zachęcimy do pomocy jakiemuś innemu domowi dziecka.

D: Ja bym się skupiła na pomocy finansowej. Dlatego że pracowaliśmy nad tym dwa lata. Trzeci rok już działamy ze Stowarzyszeniem „Nie daj się!”. Kosztuje to bardzo dużo pracy. Koleżanka podjęła się trudu stworzenia Stowarzyszenia, żeby środki finansowe wpływały na konto. Trzeba to traktować jak konto darowe. Dzięki Stowarzyszeniu dzieci mogą pojechać na atrakcyjną kolonię, na atrakcyjny zagraniczny wyjazd. Możemy kupić to, co czego nam brakuje w danym momencie. Na przykład kiedy pralka nam się zepsuje – jest nam wtedy łatwiej.

Bardzo mi się podoba to, co panie mówią. Bardzo lubię działanie. Podoba mi się ta energia, którą tu czuć. Że tu się cały czas coś dzieje i będzie się działo, i że w tle tego wszystkiego nie są działania dla samych działań czy żeby komuś się to podobało, tylko żeby dzieciom było dobrze.

D: Tak, w tle cały czas jest dziecko. Ostatnio dwoje dzieci poszło do preadopcji. Za niedługo będzie pełna adopcja. Ale pani sobie nie wyobraża, jaki ogrom działań z naszej strony był przeprowadzony, żeby te dzieci tam trafiły. One by jeszcze długo tu siedziały. Chociaż i tak były tu cztery lata. Jedno od urodzenia, drugie od piątego roku życia.

Rodzeństwo?

D: Rodzeństwo. Sen z powiek mi te dzieci spędzały. Sprawa była bardzo skomplikowana, bo matka bez przerwy ingerowała. Sytuacja była trudna do rozstrzygnięcia nawet przez sąd. Najgorsze jest to, że w rodzinach zastępczych matka biologiczna ma prawo ingerencji. I jak wchodzą w grę dwie matki – zastępcza i biologiczna – to robi się mętlik.

Ale w końcu się udało! Dzieci trafiły do rodziny. To jest ogromny sukces – nie tylko usamodzielnienie dzieci, mieszkania, ale to jak nam się uda umieścić dziecko w rodzinie adopcyjnej. Niech to wybrzmi. Ja się nie boję mówienia tego, że zastępcza to jest na chwilę. Rodzina adopcyjna – to jest najlepsze! Wtedy się daje nazwisko, majątek, miłość, dom. Wszystko się daje temu dziecku. Traktuje się jak własne.

Dziękuję za rozmowę.

Jeśli ta rozmowa wywołała w Tobie potrzebę pomocy, bardzo się cieszymy i zachęcamy do odpowiedzi na potrzeby placówek!

Pomoc dla Centrum Administracyjnego do Obsługi Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych w Rzeszowie:

http://www.dommieszko.pl/startowa/Aktualne%20potrzeby/1.htm

O potrzebach domów dziecka z całej Polski możesz dowiedzieć się tutaj:

https://www.domydziecka.org/potrzebujemy_pomocy.html

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz